W ostatnich tygodniach migranci na dobre zniknęli z mińskich centrów handlowych i ulic stolicy. W rozmowach z pracownikami restauracji i sklepów można jednak usłyszeć rozżalenie – w "czasach migrantów" biznes szedł lepiej, Wcześniej codziennie było ok. 500 klientów, teraz jest może 150 - opowiada PAP pracownik baru z kebabem w mińskim centrum handlowym Galereja. Jeszcze miesiąc temu ten prestiżowy sklep w centrum stolicy był pełen gości z Bliskiego Wschodu. Władze nazywały ich "turystami", ale dla pracowników byli "migrantami" lub "uchodźcami".Kurdowie z Iraku skarżyli się, że na ich oczach ceny ich ulubionych dań w niektórych restauracjach wzrosły. To samo było z mieszkaniami, które wynajmowali "na mieście" pomiędzy wyjazdami na granicę, gdzie podejmowali próby nielegalnego przedostania się do Polski.
- Myślę, że wszyscy byli zadowoleni, że mamy tych "turystów", chociaż było wiadomo, po co tu przyjechali. Ale trzeba to zrozumieć - granice lądowe są zamknięte, ruch lotniczy zamarł (z powodu sankcji po przymusowym lądowaniu Ryanair w Mińsku w maju br.). Każdy chce zarobić, a oni płacili - opowiadał PAP taksówkarz, pracujący na lotnisku. W szczytowej fazie kryzysu migracyjnego na lotnisko przybywały dziennie nawet setki migrantów z Bliskiego Wschodu.
- Przychodzili rano, niedługo po otwarciu i potem byli już przez cały dzień. Kupowali kebab z kurczakiem, wszyscy tak samo, bo jest halal. Zostawiali napiwki – śmieje się rozmówca Dla wielu biznesów na Białorusi migranci okazali się - jak słyszymy - żyłą złota. Zarabiały na nich hotele, gastronomia, sklepy z odzieżą i sprzętem turystycznym, a także taksówkarze, którzy wozili ich po mieście, a za kurs do Grodna czy Brześcia brali średnio po 200 dol.